Igrzyska Nieznajomego - Runda 2 Scena 5 - Stare Miasto

Turnieje sympatii, urody i talentów! Naliczanie postów w tym dziale jest wyłączone.

Moderator: Nocna Straż

Kto przeżyje?

Czas głosowania minął 3 gru 2016, o 17:26Please note that results are sorted by decreasing number of votes received.

Maester Narod (Doran Martell)
14
54%
Sam Tarly
12
46%
 
Liczba głosów: 26

Ogień i Lód
Ogień i Lód
Awatar użytkownika
Rejestracja: 20 kwie 2006, o 14:33

Igrzyska Nieznajomego - Runda 2 Scena 5 - Stare Miasto

Postautor: Ogień i Lód » 30 lis 2016, o 18:37

Podczas gdy bohaterowie w Dorne muszą ponownie stawić czoło większej bandzie w nierównym pojedynku, my przenosimy do Starego Miasta by zobaczyć jakim cudem dwóch silnych i zdrowych mężczyzn - Euron i Jorah - poległo w pożarze biblioteki w rundzie pierwszej, podczas gdy grubas i kaleka, Sam i maester Narod (Doran Martell), przeżyli. Choć do czasu. ;) Autorem jest Robin Blackett.

Macie więc jeden głos który możecie przyznać osobie, która Waszym zdaniem ma większe szanse.

Valar morgulis!

***
Stare Miasto
Obrazek


Płomienie zdawały się być wszędzie. Młody akolita, Alleras, prowadził ich między szafami, a dziwny jednooki mężczyzna szedł tuż za nim, uważnie się rozglądając.
Mormont nie mógł oprzeć się wrażeniu, że gdzieś widział tego człowieka, lata temu. Nie potrafił sobie przypomnieć kiedy ani w jakich okolicznościach, ale chyba się już spotkali. Z rozmyślań wyrwało jednak go nagłe zatrzymanie się kolumny.
- Co się dzieje? – zawołał do przodu Sam Tarly.
- Nic. Chyba jesteśmy na miejscu. Dajcie mi chwilę – odkrzyknął Alleras.

Mieszaniec kazał im zatrzymać się przy litej ścianie, po czym zaczął ją obmacywać. Euron domyślił się, o co chodziło. Biblioteka Cytadeli kryła wiele tajemnic, a ukryte przejścia mogły być jedną z nich.
„Otwieraj je szybciej” – pomyślał, kątem oka zauważając, że rosły mężczyzna niosący krzesło kaleki bardzo dokładnie mu się przygląda. „Przestanę was potrzebować już za krótką chwilę.”
Odwrócił się, gdy usłyszał zgrzyt starego mechanizmu, po czym ostrożnie sięgnął po swój sztylet.

Przypomniał sobie. Pyke. Jedenaście lat temu. Tam się spotkali, po zwycięstwie króla Roberta nad Balonem Greyjoyem. Parę dni po tym, jak Baratheon pasował go na rycerza.
Dobrze, że nie spuszczał wzroku z jednookiego. Gdy tylko zauważył ostrze odbijające światło płomieni wyskoczył do przodu. Jego okrzyk złączył się w jedno z wysokim piskiem akolity, który nie zdążył uskoczyć przed ciosem.
Jorah uderzył z rozpędu, wykorzystując całą swoją siłę, prosto w szczękę Greyjoya. Trafił, ale Żelazny pozbierał się szybciej, niż się spodziewał. Nie pozwolił, żeby Mormont złapał go za uzbrojoną rękę, odskoczył, dość chwiejnie, ale ustał na nogach.
- Sam, zabieraj kaleki i rannych i uciekaj! – krzyknął rycerz do Sama, który nie wiedział co robić.
- Ale ja…
Nie usłyszał, co mówił do niego Tarly, musiał skupić się na przeciwniku. Przeklinał siebie, że nie zabrał żadnej broni, ale nigdy nie sądził, że wśród książek mógłby jej potrzebować.
Wszedł w tempo ataku Greyjoya, zablokował jego uzbrojoną rękę w żelaznym chwycie, ale zaskoczył go cios w krocze. Na moment stracił koncentrację, poczuł uderzenie w twarz, raczej niezbyt udane, ale wystarczyło. Puścił nadgarstek przeciwnika. Zamachnął się na ślepo, nie trafił, poczuł ukłucie w boku. Udało mu się złapać Żelaznego za włosy. Pociągnął jego głowę w dół, na kolano, raz, drugi, trzeci. Na podłogę wysypało się kilka zębów.
Rzucił ogłuszonego jednookiego na ziemię. Mormont dopiero teraz zauważył, że na jego lewej piersi cały czas powiększa się plama krwi. Zakręciło mu się w głowie, gdy tylko spróbował zrobić krok w stronę przejścia. Upadłby, gdyby w porę nie podtrzymał go Sam Tarly.

- Sam. Co z Allerasem? – zapytał Sama syn Starego Niedźwiedzia. Bardzo cicho.
„O nie. Już raz to przeżyłem. Nie!”
- Powierzchowna rana, ser. Będzie żył. Ty też. Już idziemy do przejścia.
- Nie umiesz kłamać, Samie. Spójrz – Mormont wskazał ruchem głowy na ranę, z której płynęła czerwona krew. – Nawet najlepszy maester… – tu jęknął z bólu – mi nie pomoże. Połóż mnie tutaj, podaj mi sztylet i zabieraj się stąd.
- Sztylet, ser?
- Tak. Nie chcę umierać w płomieniach ani dusić się dymem. To… Okropna śmierć. Rozumiesz…?
- Tak, ser.
- Uciekaj. Czas na ciebie. – powiedział Jorah Mormont, patrząc nieco nieobecnym już wzrokiem. – Ojcze, wybacz mi…
Sam odszedł, starając się nie rozpłakać. Te słowa nie były przeznaczone dla jego uszu. Wszedł w przejście, a Alleras zamknął za nim drzwi.




Schody, po których schodzili niemal po omacku, były kręte i ciasne. Nie mogli już nieść krzesła maestera Naroda, nie było na nie miejsca, więc to na Sama spadło podtrzymywanie starca. Narod nie miał praktycznie żadnej władzy w nogach, ale starał się pomagać jak mógł, zapierając się o ścianę wolną ręką.
„Nie jest w zasadzie taki ciężki” – pomyślał Sam, ocierając pot z czoła. Musiał stąpać bardzo ostrożnie. Kaganek, który zwinął z biblioteki Alleras, nie dawał zbyt wiele światła, ale przynajmniej nie poruszali się w całkowitej ciemności.
- Twój przyjaciel uratował mi życie, Samie. Nie zdążyłem mu podziękować – powiedział Sfinks, odwracając się.
- Ser Jorah zginął, ratując nas obu. To znaczy, nas trzech – szybko poprawił się Sam, patrząc na ciążącego mu na ramieniu maestera. – Mam nadzieję, że Stary Niedźwiedź wybaczy mu, że nie dotarł na Mur…
- A kim był ten nieznajomy z jednym okiem? Mormont zdawał się skądś go znać.
- Nie mam pojęcia. Ale czy to nie zbyt duży zbieg okoliczności, że trafiliśmy na niego tuż po tym, jak biblioteka zaczęła płonąć? – zapytał Tarly.
- Też o tym myślałem. Pewnie był w to jakoś zamieszany. Dobrze, że o tej porze niewiele osób poza nami było w środku. Może wszystkim udało się uciec.
- Na pew…
Sam urwał nagle, gdy stopień uciekł mu spod nóg z łoskotem. Nie zdołał utrzymać równowagi i z krzykiem padł na Allerasa, pociągając ze sobą maestera Naroda.

Doran zaczął żałować, że nie został w Słonecznej Włóczni już dobrą godzinę temu. Biblioteka, z którą wiązał wielkie nadzieje, zdążyła w tym czasie spłonąć, a teraz miał wrażenie, że leży na nim jakieś dwadzieścia kamieni. Usłyszał w ciemności głos Sarelli.
- Wuju! Wuju! Nic ci nie jest?!
- Uspokój się, dziewczyno – skarcił ją, nie podnosząc głosu. – Żyję. Czy twój gruby przyjaciel mógłby ze mnie zejść?
Dwadzieścia kamieni burknęło coś przepraszająco, po czym podniosło się na nogi. I chyba zauważyło, że coś jest nie tak.
- „Wuju”? „Dziewczyno”? Sfinksie, o co tu chodzi?
Jego bratanica nie odpowiadała, więc zrobił to za nią.
- Samwellu Tarly, dobry z ciebie chłopak, więc słuchaj uważnie, bo to tajemnica. „Alleras” nie jest żadnym „Allerasem”, tylko Sarellą, Sarellą Sand. A ze mnie żaden maester Narod, tylko Doran Nymeros Martell, książę Dorne, lord Słonecznej Włóczni.
- Zaraz, co? – Doran nie musiał widzieć twarzy czarnego brata, żeby wiedzieć, co właśnie nią wyraża.
- Tak, wiem, to trudne do uwierzenia. Sarello, odzyskałaś mowę?
- Tak, wuju. Przepraszam, po raz pierwszy wypadłam z roli.
- Nic się nie stało – odparł spokojnie. – Sam chyba umie dochować tajemnicy. Prawda?
- Sfinks jest zagadką, nie zadającym zagadki! To ciebie miał na myśli maester Aemon! – wybuchł grubas w stronę jego bratanicy.
- Nadal nie wiem, o czym mówisz. Ale tak, w pewnym sensie byłam zagadką. Czy możemy już to zostawić? – powiedziała Sarella głosem wyrażającym lekkie zażenowanie.
- Dobrze, faktycznie nie miejsce i czas na to. Ale powiedz mi: twój towarzysz to naprawdę książę Doran Martell? A twój dornijski ojciec to książę Oberyn Martell? Czerwona Żmija?!
- Pokazujesz, że nie jesteś głupi, Samie Tarly – wtrącił Doran. – Szybko łączysz fakty. To dobrze.
- Odpowiedź na twoje pytania to dwa razy „tak”. Mówiłam wam wszystkim, że nie jestem lordowskim synem. To przecież nie było kłamstwo – Sarella chyba odzyskiwała humor, bo te słowa brzmiały, jakby cieszyła się z udanego żartu.
- Dobrze, dobrze, obgadacie to sobie, gdy już stąd wyjdziemy. Wprawdzie straciliśmy źródło światła – rzekł Doran, nadając nowy tor konwersacji – ale może zainteresuje was to, że za plecami mam drewno, nie kamień. To chyba jakieś drzwi. A właściwie, to co to w ogóle za miejsce?
- Prawdę mówiąc nie jestem pewna. Marwyn mi je kiedyś pokazał. Gdzieś tu jest wyjście prowadzące poza Cytadelę, prosto do portu. Nie wiem jednak, gdzie dokładnie jesteśmy. Straciłam orientację.
- Cóż, przynajmniej mamy te drzwi – powiedział Tarly. – Możemy spróbować je otworzyć.

Drzwi ustąpiły dopiero przy trzeciej próbie wyważenia ich. Same w sobie były solidne, ale zamek nie wytrzymał naporu. Coś trzasnęło, po czym Sam i Sarella wpadli do środka z hukiem.
Oślepiło ich dziwne, nieprzyjemne, jaskrawe światło. Tarly spojrzał na Sarellę, żeby upewnić się, że myśli o tym samym. Skinęła głową w całkowitym milczeniu.
Po chwili, gdy oczy przyzwyczaiły się do zmiany oświetlenia, wszystko było jasne. W pomieszczeniu, na środku czegoś co przypominało biurko, stała obsydianowa świeca, bliźniaczo podobna do tej z komnaty arcymaestera Marwyna.
- Co na siedem piekieł… - zaczął Sam, ale Dornijka mu przerwała syczącym szeptem.
- Cicho! Słyszysz?
Zamilkł, próbując usłyszeć. Przez chwilę chyba nawet nie oddychał, próbując odnaleźć w ciszy coś niepokojącego. Już otwierał usta, gdy nagle, z drugiego końca pomieszczenia, dobiegł go dziwny odgłos, jakby kamień tarł o kamień.
- Mam złe przeczucia… - szepnęła Sarella.
Dźwięk zbliżał się, a w miarę zbliżania coraz bardziej oczywista była jego rytmiczność, niczym niewzruszona.
„Mam być odważny. Mam być odważny. Jon mi kazał. Jestem Samem Zabójcą.”
Wstał i przybliżył się o krok do świecy, osłaniając dziwny płomień ręką. Próbował wypatrzeć, co może wyjść zza rogu, a gdy zobaczył, krzyknął z przerażenia.
To był człowiek. Kiedyś. Jego twarz, dobrze widoczna w jaskrawym świetle, pokryta była łuskami. Wyglądały jak polerowany kamień. Poruszał się sztywno, powłóczył lewą nogą, całkowicie ogarniętą chorobą. „To stąd ten dźwięk” – zdążył pomyśleć Sam. Otworzył usta, ale był zbyt przerażony, żeby cokolwiek powiedzieć.
Wyręczyła go Sarella.
- To kamienny człowiek…

Disable adblock

This site is supported by ads and donations.
If you see this text you are blocking our ads.
Please consider a Donation to support the site.


Argotin
Poziom 2
Awatar użytkownika
Rejestracja: 28 sty 2016, o 14:58

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 2 Scena 5 - Stare Miasto

Postautor: Argotin » 30 lis 2016, o 19:50

Sam ma wprawe w walce z tym typem przeciwnika, głos na niego, bo kogo jak kogo, ale nie może zabraknąć jedynego prawdziwego Azor Ahai :^^:

Bombacjusz
Poziom 10
Awatar użytkownika
Rejestracja: 27 lip 2006, o 15:17

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 2 Scena 5 - Stare Miasto

Postautor: Bombacjusz » 30 lis 2016, o 21:57

Cokolwiek pomyślimy o walorach bojowych Sama Zabójcy to jednak pewien brak samobieżności Dorana Martella może rzutować na wynik końcowy. Tak więc niestety muszę wystąpić przeciw Narodowi i poprzeć Sama.
Pani, Twych wdzięków nie trzeba mi wcale, co rzekłszy odszedł, nie wrócił...

Nettles z Gór
Poziom 9
Awatar użytkownika
Rejestracja: 2 mar 2015, o 21:59

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 2 Scena 5 - Stare Miasto

Postautor: Nettles z Gór » 30 lis 2016, o 22:20

Maester Narod - bo ma Sfinksa na usługi. :D
A Sfinks to w gruncie rzeczy bojowe stworzonko, nawet w Cytadeli:
Obrazek
źródło:
http://sandara.deviantart.com/art/sphin ... -179426159

A może zwłaszcza w Cytadeli:
Obrazek
źródło:
http://scottpurdy.deviantart.com/art/Sphinx-275376399
"Laws should be made of iron, not of pudding."
"Prawdziwa wolność, to jest żyć według praw i nic ani nie czynić, ani nie zamyślać przeciwko nim"
(Wawrzyniec Goślicki, O senatorze doskonałym księgi dwie, 1568)

Luiza
Poziom 7
Awatar użytkownika
Rejestracja: 22 paź 2013, o 01:56

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 2 Scena 5 - Stare Miasto

Postautor: Luiza » 1 gru 2016, o 07:58

Głos na Naroda. Podobnie jak Nettles, uważam że Alleras nie zostawi wujka samopas, a i powierzchnia użytkowa Sama Zabójcy jest wadą, gdyż łatwiej go dotknąć :D
Bardzo mi się dobrze czytało, oryginalny wróg. Zawsze mnie przerażali kamienni ludzie.
Obrazek Obrazek
Shameless SanSan shipper#teamSansa
Front Obrony Sansy #teamSandor

Mya Stone
Poziom 3
Awatar użytkownika
Rejestracja: 31 maja 2015, o 14:32

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 2 Scena 5 - Stare Miasto

Postautor: Mya Stone » 1 gru 2016, o 10:17

Robinie @coke
No i wreście, wreście Euron dostał w zęby.

Głos na Naroda. Sarella zna niejedno tajne przejście. Pewnie jakieś cudowne proszki i inne mikstury do rzucania w przeciwnika się znajdą. Wybacz Samwellu.
ps. Nettles, piękne arty!

EDIT
Wygląda na to, że Sfinks pomógł :wink:
na Skagos @xmass2

Luiza
Poziom 7
Awatar użytkownika
Rejestracja: 22 paź 2013, o 01:56

Re: Igrzyska Nieznajomego - Runda 2 Scena 5 - Stare Miasto

Postautor: Luiza » 3 gru 2016, o 19:28

Dornijski czarny koń turnieju :D świetnie!
Obrazek Obrazek
Shameless SanSan shipper#teamSansa
Front Obrony Sansy #teamSandor

Disable adblock

This site is supported by ads and donations.
If you see this text you are blocking our ads.
Please consider a Donation to support the site.



Wróć do „Westeroski turniej na śmierć i życie!”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 12 gości